Którędy jadę, pojęcia nie mam. Gdzieś na linii Moskwa-Perm. Kolej transsyberyjska to na pewno nie jest, a jeden z Rosyjskich dalekobieżnych pociągów na linii St. Petersburg-Cośtam-Cośtam na Uralu. Nie jestem nawet pewna, czy jedzie on tą samą trasą, gdyż przez jakieś ostatnie 200 km oglądam drzewa. Zasięgu nie ma, trasy śledzić nie można.dy jadę, pojęcia nie mam. Gdzieś na linii Moskwa-Perm. Kolej transsyberyjska to na pewno nie jest, a jeden z Rosyjskich dalekobieżnych pociągów na linii St. Petersburg-Cośtam-Cośtam na Uralu. Nie jestem nawet pewna, czy jedzie on tą samą trasą, gdyż przez jakieś ostatnie 200 km oglądam drzewa. Zasięgu nie ma, trasy śledzić nie można.

Po 12 godzinach dochodzę do wniosku, że mogłabym rosyjskimi pociągami zjeździć cały świat. Po chwilach niepewności w Moskwie, gdzie okazuje się, że mam bilet z tym samym miejscem, co jakaś pani, zostaję przekwaterowana do innego przedziału. Miejsce na wydruku i w systemie jest inne. Ufffff, ale jest. Nie będę siedzieć na korytarzu 23 godziny.

Dostaję przedział z babcią z dwiema małymi wnuczkami, od razu mam powiedziane, że mam być cicho, bo dzieci już śpią. Auuuuuuuuu!!! Zarezerwowałam female only przedział, a nie wycieczkę z poczwarkami!!!! Rano okazuje się, że dzieci siedzą na baczność, żeby mnie nie budzić, większa, może ośmioletnia dziewczynka, czyta książkę na tablecie. Od razu zostają przegonione w kąt, żeby zrobić mi miejsce przy stoliku. Odzyskuję wiarę w ludzkość:)

Otwieram pudełko niespodziankę, które dostałam wieczorem od obsługi na kolację. Kawioru nie ma. Jest buteleczka wody, piernik, cukierek miętowy. Łyżka, widelec, sól i pieprz. Hmmmmm… To do piernika czy cukierka?? W drugiej paczuszce szczoteczka, pasta do zębów i klapki. Chyba zarezerwowałam jakiś podwyższony standard, bo w pociągu z St. Petersburga do Moskwy nic nie dostalam. A miało być na budżecie…

Idę na korytarz, bo tam jest gniazdko, gdzie można podładować komórkę. Okazuje się, że pół wagonu to matki z dziećmi i takimi małymi, torebkowymi pieskami.

Czekam, az komórka mi się naladuje, dwie godziny gapienia się w drzewa, glównie brzozy. No oczywiście brzozy… Okazjonalnie wyskakuje jakaś drewniana chałupka, albo cała wioska zapadniętych drewnianych chałupek. Zastanawiam się, jak życie w takim miejscu wygląda. Chyba powoli… Zbieranie grzybów, jagód, pędzenie bimbru?? Chillax.


Po ponad godzinnym postoju w Kirowie, który uratował pieskowi z przedziału obok pęcherz, a pewnie i kuper, zostaje nam podany obiad, który smakuje odwrotnie proporcjonalnie do tego jak wygląda. No chyba, że kogoś kasza kłuje w zęby… Dostajemy też chleb i wędlinę. To chyba na kolację.

Aha, znajduję gniazdko pod stołem w przedziale i odkrywam do czego plastikowe sztućce, sól i pieprz były. Do obiadu nie do piernika…. Too late, poszło wszystko do śmietnika. Lecę więc po wodę na herbatķę, po chwili niepewności, czy sprzęcik na końcu wagonu to samowar, czy raczej jakieś pozostałości reaktora nuklearnego z Czarnobyla, podejmuję ryzyko. Uffffff, jest woda!

Monotonnie, ale przyjemnie podróż dobiega końca. Trochę żałuję, że na dłuższych postojach nie wychodziłam z pociągu pokręcić się trochę, ale może następnym razem:)
