Moskwa… Chwilę zajęło mi podjęcie decyzji o naskrobaniu czegoś, no bo i o czym…. Nie, nie to, że w Moskwie nic ciekawego nie ma. Jest, i to sporo, tylko trzeba te cztery litery ruszyć. Lekki niedosyt jest, ale i powód, żeby tu wrócić, tym bardziej, że muzeum w Kubince było i jest jedną z rzeczy, które muszę zobaczyć. Ale skoro w głowie rodzi się powoli pomysł na kolejną wyprawę na Syberię….
Leniwe zwiedzanie Moskwy zaczynam od Kremla Izmailowskiego. Kreml w języku rosyjskim jest ogólnym określeniem fortyfikacji chroniących miasto. W tym wypadku nazwa jest jednak nieadekwatna, nie pełni on żadnych funkcji obronnych. Wybudowany w 2007 r. jest imitacją rosyjskiej architektury XVIIw. i bardziej przypomina bajkowe miasteczko z kreskówek Disneya niż cokolwiek innego.
Centralną część zajmuje cerkiew Św. Mikołaja będąca najwyższą cerkwią w Federacji Rosyjskiej. Miłośnicy pamiątek i duperelków odnajdą się tu znakomicie, gdyż znajdują się tu dwa targi do buszowania: pchli oraz Izmailowski Wernisaż, gdzie można zakupić rękodzieła sztuki ludowej. Zakupów nie robię, nie będę tego dźwigać na grzbiecie przez dwa miesiące. Poza tym wydaje mi się, że gdzieś po domu wala mi się jakaś matrioszka. Taka od Lenina do Putina, ale jest. I najważniejsze: Muzeum Wódki jest zamknięte. Czar prysnął…
Plac Czerwony i Katedra Św. Bazylego są kolejnym celem. W strugach deszczu, który obowiązkowo przywiozłam ze sobą z Anglii, decyduję się przedrzeć do Katedry. Pół placu jest zablokowane przez scenę i trybuny, o czym jeszcze nie wiem, to to, że je jutro wstępu na Plac Czerwony nie będzie, jest Dzień Rosji i szykują się jakieś imprezy. Dobra decyzja, a już zwiedzanie miałam odłożyć ze względu na pogodę.
Katedra została wybudowana w latach 1555-1561 przez Iwana Groźnego na pamiątkę zdobycia tatarskiego Kazania. Zgodnie z legendą architekci zostali oślepieni przez cara, aby nigdy już nie zdołali wybudować nic równie okazałego. Brrrrrrrr. Do środka wejść trzeba, wstęp bagatelka 1000 rubli, ale ciekawość zżera. Skoro jest tak okazała na zewnątrz, to okulary przeciwsłoneczne na nos (na wypadek nagłego porażenia złotem) i paszli. I ot niespodzianka, okulary przeciwsłoneczne do plecaka, ciemno, ponuro, korytarze, katedra w niczym nie przypomina powalających przepychem wschodnich świątyń. Szczerze mówiąc, w ogóle nie przypomina żadnej świątyni, w której kiedykolwiek byłam. Ciąg korytarzy, jakieś małe kapliczki, żadnej oczywistej większej świątyni.
Kręcę się kilkakrotnie w kółko w złudnej nadziei, że deszcz przestanie padać. Nie przestał. Odkładam resztę zwiedzania na następny dzień, nie będę się taplać w błocie. Odłożenie wszystkiego na ostatni dzień było ogromnym błędem. Jest poniedziałek, muzeum w Kubince w poniedziałki jest zamknięte. Tak, muzea bywają zamknięte w poniedziałki, a w dobie Internetu oczywiście nie dało się tego sprawdzić… Podejmuję jeszcze ostatnią, nieudaną próbę kupna ładowarki do baterii do mojego Nikona, takiej taniej podróbki, a nie oryginalnej w cenie 4000 rubli, a co z tym się wiąże chodzę od sklepu do sklepu, z których większość jest zamknięta. Przechodzę między innymi koło tego cudeńka architektonicznego, jednego z siedmiu tego typu w Moskwie. Tak, tak, też mamy taki w Warszawie. Jeden dzięki Bogu , a nie siedem.
Jest Dzień Rosji, a w związku z tym dzikie tłumy w centrum i mega wielka kolejka do wejścia na Kreml. Nie, nie czekam, nastałam się w kolejkach w St. Petersburgu. Następnym razem. Kręcę się wokół Kremla, fotografuję kilka pomników, w tym Pomnik Nieznanego Żołnierza, wygrzewam pyska na słońcu. Leń….

