SYBERIA Z MONGOLSKĄ NUTĄ, ULAN-UDE

Leniwie, niedzielnie próbuję zorganizować sobie czas. Szybki przegląd atrakcji turystycznych w Ulan-Ude, muzea odpadają, lekki przesyt jest, kolejnego wypchanego futrzaka oglądać nie będę.

Skansen. Ok, kolejny skansen zobaczyć mogę, zawsze bliżej natury. Numer autobusu jadącego tam znam, wiem skąd odjeżdża, a to już połowa sukcesu. Połowa…Wsiadam w marszrutkę jadącą w przeciwnym kierunku…. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wysiadam koło targu, a więc jest okazja, żeby kupić okulary przeciwsłoneczne, stare zostawiłam chyba w pociągu. Po zakupie okularów, które w jakiś dziwny sposób pozwalają mi widzieć świat na niebiesko, udaję sie w dalszą podróż.Przechodzę koło Pomnika Zwycięstwa, na cokole dumnie stoi T-34. T-34 oraz Lenin są obowiązkowym elementem architektury każdego miasta, jakże dodając im uroku… Na ścianie podobizny bohaterów Związku Radzieckiego, same znane nazwiska, które w książkach o największych zbrodniarzach XX w. zajmują odpowiednio dużo miejsca. Tfu, paszli.

Cofam się o parę przystanków, autobus musi jechać w drugą stronę chyba trochę inną trasą, bo numeru na przystankach nie widzę. Idąc trochę na oślep przechodzę przez miejski deptaczek mało różniący się od deptaków w polskich miastach. Mijam kawiarenki, parę straganów z pamiątkami, jakieś pomniki po środku i obowiązkowo fontannę. Jest jeszcze wcześnie i pusto, za parę godzin miejsce to zapewne będzie tętnić życiem. W bocznej uliczce znajduję przystanek, obieram azymut, zatrzymuję marszrutkę i…. po minucie zdaję sobie sprawę, że znowu jadę w odwrotnym kierunku. Jak??? Ok, trzecie podejście. Po prostu wracam na przystanek, na którym ostatnio wsiadałam, przechodzę na drugą stronę i jadę w odwrotnym kierunku do ostatniego. To nie może się nie udać. Po 20 minutach jazdy, hmmmm, chyba dwóch godzinach kluczenia, wysiadam pod skansenem.

Położony tuż za miastem w pięknym sosnowym lesie, jest dokładnie miejscem jakiego szukałam. Większość chatek jest otwarta, są one w pełni umeblowane, a objaśnienia są również w języku angielskim.

Słoneczko zaczyna przygrzewać, siadam na ławeczce wygrzać trochę pyska, zapach lasu jest taki piękny… Oooo znalazłam okulary, które zostawiłam w pociągu! Teraz mam dwie pary, mogę spokojnie jedną zgubić.

Kieruję się w stronę mini zoo, które zlokalizowane jest na terenie skansenu. Zapach jest okrutny, większość czasu próbuję wstrzymać oddech. Warunki w jakich trzymane są zwierzęta są przytłaczjące. Mimo, że widziałam już swego czasu w Kunming w Chinach wilki trzymane w parometrowych klatkach, to co spotykam w tym mini zoo przekracza już pewne granice. Jest wypłowiały wielbłąd, który jest właśnie dokarmiany przez miejscowych kanapkami. Tak, tak, bułka z masłem i szynką jest jego naturalnym pokarmem. Trzy wypłowiałe wilki lisy, jelonki, niedźwiedź brunatny trzymany w klatce wielkości mojej sypialni, który chodzi z nerwowo z jednego końca na drugi, klatki z ptakami, które szybko mijam. Odór jest nie do wytrzymania. Idę stąd.

Została jeszcze część poświęcona ludności autochtonicznej, po czym mogę wracać.

W Ulan-Ude wysiadam koło głównej atrakcji miasta, największej na świecie głowy Lenina. 7.7 metra i 42 tony czystego socjalizmu. Wybudowany w 1970 roku w stuletnią rocznicę tego radzieckiego bożyszcza jest najbardziej rozpoznawalnym obiektem w mieście. Czerwonych goździków w hołdzie nie składam, ale robię sobie selfie z kanalią.

Czasu jeszcze trochę jest, do zwiedzania dużo nie zostało. Robię parę zdjęć Katedry Odigitrievski, do środka jednak nie wchodzę. Wszystkie Panie, które tam wchodzą zakrywają głowy chustami, ja jestem w krótkich spodenkach. Znów mnie wygonią, nie ryzykuję… Ze względu na brak odpowiedniego ubioru buddyjską świątynię już sobie w dniu dzisiejszym odpuszczam.

Kolejnego dnia, tuż przed wyjazdem do Mongolii, idę zwiedzać Datsan Riponche Bagsha. Jest ona położona na wzgórzu na samym krańcu miasta, a więc prawie godzinny spacerek pod górę przypomina mi o mojej marnej kondycji. Tak, tak wracam na siłownię po przyjeździe… Ze świątyni rozpościera się widok na miasto, po drugiej stronie na zalesione wzgórza.

Świątynia jest nowym budynkiem otwartym w 2004 roku. Na terenie kompleksu znajduje się osiem stup umieszczonych tam w roku 2005. W głownej świątyni znajdujemy ulany z brązu i pokryty złotem 6 metrowy posąg Buddy. W buddyzmie istnieje tradycja chodzenia dookoła świątyni, aby dokonać garo. Garo jest okrążeniem stup, świątyni lub młynków modlitewnych zgodnie ze wskazówkami zegara. Obracanie młynków daje ten sam efekt, co ustne recytowanie modlitwy. Słowa modlitwy wypisane są na młynku lub w jego środku. Ot tak na skróty… Zastnawiam się jak to działa, gdy kręci się w odwrotnym kierunku, bo zawsze chodziłam pod prąd…

Wracam na pociąg na piechotę przez “wiejską” część miasta, stare, drewniane chałupki z nieoasfaltowymi drogami, która nagle zlewa się z posowieckim blokowiskiem.

Czas żegnać się z Syberią, czas żegnać się z Rosją, Mongolia czeka:)

Jeden komentarz

Dodaj komentarz