Karakorum jest jednym z niewielu miejsc w Mongolii, które jest łatwo dostępne transportem publicznym z Ułan-Bator, a jednocześnie jest na tyle blisko, że można się tam wybrać nawet jeśli w kraju tym jest się tylko przez parę dni. Jeżeli pięciogodzinna jazda autokarem mieści się w granicach pojęcia „blisko” oczywiście. Samo Kharkhorin jest obecnie małą mieściną z populacją przekraczającą nieco 13 000. Jeden dzień zdecydowanie wystarczy na zwiedzenie wszystkiego, choć słyszałam wiele opinii, z którymi zresztą się nie zgadzam, że jechać tam nie warto.

Karakorum było stolicą Imperium Mongolskiego w latach 1235-1260 oraz Północnego Yuan w XIV i XV wieku. Jego ruiny znajdują się w północnozachodniej części obecnego Kharkhorin. Zostało ono założone w 1220 roku, ale w okresie do 1235 r. było to raczej zbiorowisko jurt niż miasto. Dopiero po pokonaniu imperium Jin, następca Genghis Khana Ugedaj wybudował pałac i otaczające go mury. W owym okresie francuski złotnik Guillaume Bouchier zaprojektował słynne Srebrne Drzewo Karakorum. Dużych rozmiarów drzewo ulane ze srebra i innych cennych metali znajdowało się pośrodku dziedzińca pałacowego. Oparte ono było na czterech srebrnych lwach i zwieńczone figurą anioła dmącego w róg. Z korony zwisały 4 srebrne węże, z których jeden pluł winem, drugi kumysem, trzeci pitnym miodem, a czwarty sake. Mniam, mniam, mieć takie drzewko w ogródku…
Z jurty, a raczej ośrodka, w któreym jestem zakwaterowana wychodzę złym wyjściem i wchodzę prosto na rozrzucone szczątki zwierząt, chyba konia i krów. Widok jak z najlepszego horroru, wszystko tuż obok zabudowań mieszkalnych. Zapewne padnięte zwierzęta wrzuca się do pobliskiego rowu i czeka, aż natura jakoś sobie z tym poradzi.
W drodze do Erdene Zuu zwiedzam Kharkhorin Museum. Jest ono małe, lecz dobrze zorganizowane. Wśród eksponatów znajdujemy rękodxieła z XIII i XIV w. wydobyte w Karakorum, a także prehistoryczne kamienne narzędzia, ceramikę, monety, figurki religijne i kamienie z wyrytymi na nich inskrypcjami. Jest także w połowie odkopany, zatopiony w podłodze muzealnej piec. Najbardziej interesująca jest chyba makieta dawnego Karakorum, pokazująca jak miasto mogło wyglądać w 1250 roku, a oparta na opisach misjonarza Williama z Rubrucka. Wstęp kosztuje 8000 tugrików, z pozwoleniem na robienie zdjęć bagatelka 15000 tugrików. Dostaję wielki identyfikator na szyję ze zdjęciem aparatu fotograficznego i maszeruję na główną salę tego maleńkiego muzeum. Już biegnie jakaś pracowniczka. Czy ja mam jakiś magnez, który ich przyciąga? Zdjęć nie mogę robić. Zapłaciłam!!! Pokazuję identyfikator, jest ok. Po niecałych dziesięciu sekundach znów biegnie do mnie. Mogę robić zdjęcia aparatem, ale telefonem to już nie. Dyskusja jest bezsensowna, gdyż nie mówi ona po angielsku. Zapłaciłam za pozwolenie na robienie zdjęć, bez specyfikacji modelu aparatu. Ja mamrocząc litanię przekleństw odchodzę w jedną stronę, ona dumnie po wygranej bitwie wraca na swoje miejsce. Czego jeszcze nie wiem to to, że za dwa dni wyjmę kartę SD z aparatu i ją zgubię, a więc nie będę miała żadnych zdjęć. Czas na Erdene Zuu, najbardziej rozpoznawalny obiekt Kharkorin.
Założony w 1586 roku przez Altai Khana, Erdene Zuu był pierwszym buddyjskim klasztorem w Mongolii. W 1937 r., w czasie stalinowskich czystek został on zamknięty, w 1965 r. wydano pozwolenie na otwarcie klasztoru, ale tylko jako obiektu muzealnego. Dopiero w roku 1990, kiedy wróciła wolność religijna do Mongolii, aktywował się on na nowo. U szczytu swojej świetności składał się on z 60 do 100 świątyń, około 300 jurt wewnątrz murów, a zamieszkiwany był przez ogromną liczbę mnichów, sięgającą nawet 1000. Wszystkie poza 3 świątyniami zostały zniszczone w czasie stalinowskich czystek. Dokładna liczba wymordowanych lub zesłanych do syberyjskich gułagów mnichów nie jest znana. Zaskakująca ilość figur, masek tsam i tkangka została zachowane. Były one przechowywane, z ogromnym ryzykiem dla mieszkańców, w domach lub zakopane w pobliskich górach. Klasztor otoczony jest ogromnym murem z rozmieszczonymi co około 15 metrów 108 stupami (108 jest świętą liczbą w buddyzmie).





Zaraz za klasztorem zlokalizowane są ruiny dawnego Karakorum. Prowadzi do nich polna droga, nie jest ona oznakowana i tylko widniejąca z oddali jurta ze straganami zwiastuje, że może tam znajdować się jakaś atrakcja turystyczna. Większość ruin znajduje się wciąż pod ziemią, bardzo niewiele zostało odkopane. Potrzeba bardzo dużo wyobraźni, żeby zobaczyć to pradawne miasto. U mnie z tą wyobraźnią jest trochę marnie, no może poza tym mniam, mniam drzewkiem sikającym smakołykami, a więc po zrobieniu paru zdjęć kieruję się z powrotem do klasztoru.
Mając w głowie mapkę Kharkhorin z ośrodka, w którym jestem zakwaterowana, idę nad okoliczną rzekę. Faktycznie nie ma tu dużo do zwiedzania, ale most leży zaraz poza granicami miasteczka, a więc widoki na otaczające wzgórza będą co najmniej dobre. Nie mylę się, przy rzece stado koni, czy dzikich nie wiem, tu wszystkie wyglądają na dzikie.

Kolejnym celem jest Kings Monument, malowniczo położony na wzgórzu tuż za miastem. I zaczyna się problem. Słońce. Cały dzień cholerstwo siedziało za chmurami, to teraz, kiedy ja muszę maszerować pod górkę, zdecydowało się dać mi popalić. W dosłownym tego znaczeniu. Słońce przestaje być problemem, gdy pojawia się większy. Dużo większy. Krowy. W Mongolii krowy nie są roślinożerne, są mięsożerne. I właśnie upatrzyły sobie obiad. Wszystkie gapią się na mnie.
Wrzucając szósty bieg w ekspresowym tempie znajduję się na szczycie wzgórza. Pomnik składa się z trzech kolorowych, mozaikowych paneli z trzech okresów imperium. Widoki są znakomite, wiaterek przyjemnie chłodzi. Siadam na skale, nad głową chmara ptaszydeł poluje na obiad. Zaczynam żałować, że nie zostaję tu troszkę dłużej, co dałoby mi okazję pobuszować trochę po dolince. Czasu niestety nie mam wystarczająco aby zejść na dół, robi się późno.



Po kompletnym przemoknięciu, gdy pogoda w iście angielskim stylu w pół godziny zmieniła się z patelni na rynnę, kieruję się do ostatniej atrakcji turystycznej Kharkhorin – Phallic Rock. Zgodnie z legendą mnich, który ślubował życie w celibacie, okazał się kobieciarzem. W ramach kary został on wykastrowany, a pomnik został postawiony jako ostrzeżenie dla innych mnichów w klasztorze. Lokalne kobiety wierzą jednak, iż ma on zgoła inne właściwości. Według tej wersji, jeśli stanie ona okrakiem nad tym penisem, to zwiększy się prawdopodobieństwo urodzenia dziecka. Chyba musiały tu całe pielgrzymki przybywać, bo pomniczek bezpiecznie umieszczony jest za ogrodzeniem… 

W strugach deszczu następnego dnia wracam do Ułan-Bator. Dobrze jednak, że nie zostałam tu dłużej, bo cały dzień spędziłabym na taplaniu się w błocie…