Z wielkim żalem czas opuszczać Seul. Docelowo jadę do Busan, skąd za kilka dni mam prom do Japonii. Po drodze w planach jest Haesindag Park koło miasta Samcheok, jednakże, mimo że jest to duże miasto z wieloma atrakcjami turystycznymi, nie udało mi się znaleźć tam taniego noclegu.

Połączenia autobusowe w Korei są znakomite, a bilety tanie, także kieruję się do miasta Gangneung na wschodnim wybrzeżu. Z dworca do hotelu według jakiejś dziwnej mapy offline, którą ściągnęłam na telefon, jest pół godziny spacerkiem, ale targając 20 kilogramowy plecak na grzbiecie i drugi mniejszy w łapie czuję się jak wielbłąd dromader. Z tym, że on ma cztery kopyta, a ja dwa tylko, i to cienkie. I na cholerę wlokę ze sobą przez pół świata 5 kg książek??!! No ale przecież ich nie wyrzucę, przecież muszą się później trochę pokurzyć na półce. Po ruchliwym, kolorowym Seulu znajduję się jakby w innej rzeczywistości. Budynki są niskie, ulice puste. Takie małe, prowincjonalne miasteczko.

Po zakwaterowaniu się w pensjonacie zostaje mi sporo czasu po południu i po szybkim przeglądzie raczej mało ciekawych atrakcji decyduję się na Tofu Village, wioskę znaną z orginalnego tofu, które jest produkowane tylko w tym miejscu. Super, coś innego. I już wyobrażam sobie stare budynki, ruchliwe uliczki, stargany pełne przeróżnych COSIÓW. Niam, niam. W pensjonacie dostaję mapkę z numerami autobusów, które jeżdżą do poszczególnych atrakcji. Nic prostszego. Wsiadam w odpowiedni autobus, który zamiast do Tofu Village wywozi mnie GDZIEŚ. Co gorsze, po szybkiej konsultacji z młodą parką Koreańczyków okazuje się, że z tego GDZIEŚ nie ma bezpośredniego połączenia z wioską tofu. Ok, wygląda na to, że obowiązkowo znów zaliczę solidną porcję kręcenia się w kółko. Po 15 minutach dochodzę przystanku, z którego mam autobus. Za chwilę dołącza do mnie grupka zdrowo podchmielonych Koreańczyków w wieku raczej już emerytalnym. Jeden pyta: no problem? No problem. I najmniejszy z nich, taki półtorametrowy zaczyna tańczyć coś w rodzaju kozackiego. Przynajmniej jest jakaś rozrywka. Choć nie sądzę, żeby było im tak wesoło za pół godziny, gdy w progu domu przywitają ich żony…. Kolejny autobus wywozi mnie w kolejne GDZIEŚ zamiast do wioski, ale jestem zdecydowanie bliżej, także decyduję się na spacerek. Dochodzę do miejsca, gdzie zgodnie z moją pseudomapą powinna znajdować się wioska, ale zamiast tętniącego życiem miejsca, jest tu kilka restauracji, z których większość jest zamknięta.

Uparcie idę więc dalej, nie poddaję się. W strugach deszczu dochodzę do plaży, morze jest tak wściekłe, że wejście na molo równoznaczne byłoby z samobójstwem.



Zła, przemoczona, głodna, a więc podwójnie zła, odwracam się na pięcie i wracam do miejsca gdzie Tofu Village powinna się znajdować. Trochę na około, idę od drugiej strony restauracji, gdzie każda z nich ma duży ogródek z warzywkami i ziółkami. Niam, niam, będzie świeże.

Jest i tabliczka, z krótkim opisem „wioski”. To po to ja się w deszczu kręcę od dwóch godzin?? Wchodzę do największej restauracji, która przypomina mi bardziej bar mleczny, tylko taki w koreańskiej wersji i zamawiam lokalny specjał TOFU. I za dwie minuty podjeżdża mi pod nos jakaś mamałyga. Smakuje jak wygląda. Kompletny bezsmakowiec. A proszę sobie kupić pudełko tofu i wymymłać to w wodzie. Albo zjeść gąbkę z łazienki. Czar prysł.


Kolejny dzień zapowiada się ciekawiej, celem jest Heosidang Park. Autokarem muszę się dostać do Samcheok, a z stamtąd miejskim autobusem do parku. Najlepszą opcją byłby turystyczny pociąg, który jedzie wzdłuż wybrzeża, ale okazuje się, że podreptałam na zły dworzec kolejowy, a drugi jest zbyt daleko, żeby zdążyć przed odjazdem…
Z Samcheok autobusy do parku odjeżdżają co godzinę, a więc mam jeszcze 58 minut do odjazdu. Oczywiście. Kierowca wysadza mnie pod wejściem do parku i spacerkiem, przez park pełen penisów, kieruję się do Muzeum Wioski Rybackiej HAESINDAG PARK, czytaj tutaj.




Widoki są przepiękne, a pogoda na tyle dobra, że wybieram się na spacerek wzdłuż wybrzeża. Droga ta łącząca Sokcho, Yangyang, Gangneung, Donghae i Samcheok zwana jest „Romantic Road of Korea”. I romantyczną może i jest dla kogoś, kto siedzi w samochodzie. Dla spacerowiczów bardziej odpowiednią nazwą by była „droga samobójców”, gdyż chodnika nie ma i trzeba iść szosą. Widoki są jednakże warte podjętego ryzyka i maszeruję mając nadzieję, że nie zostanę rozpłaszczona przez mijający mnie samochód.



Pierwszy mijam Port Galnam. Jest to typowy rybacki port, ze słabo rozwiniętą infrastrukturą i kilkoma rozsypującymi się rybackimi kutrami, ale lazurowe morze robi ogromne wrażenie, przynajmniej w porównaniu z szaroburym kłębowiskiem piany, które widziałam wczoraj.



Kilku wędkarzy, grupka Koreańczyków na kocyku zmagająca się z toną jedzenia, które przynieśli nad morze, radiowóz z dłubiącymi w nosie policjantami… Idę dalej, nie ma tu życia. Kolejny port jest większy, a co za tym idzie bardziej zatłoczony. Jest kilka sklepików z niezbędnikami w turystyce morskiej, jak np. różowe, plastikowe wiaderko z łopatką, kilka straganów z suszonymi rybami i innymi zasuszonymi stworzeniami morskimi oraz szereg restauracji z wystawionym na zewnątrz, pływającym w dużych akwariach menu. Skrzętnie przeprowadzam inspekcję każdego menu, zastanawiając się, czy nie jest już pora obiadowa. No nie tak za blisko, żeby mnie czasem danie główne kleszczem za nos nie złapało…




W małej zatoczce, prawdopodobnie jedynym bezpiecznym w tej chwili miejscu do kąpieli, jest spora grupa ludzi w kombinezonach i ze snorkelemi. Podwodny świat w tym miejscu musi być interesujący, jeżeli oczywiście widać tam cokolwiek poza stopami innych osób taplających się w wodzie.




Wydaje mi się, że można by było spędzić dwa miesiące podróżując wzdłuż wschodniego wybrzeża Korei, zatrzymując się w tych małych, mniej lub bardziej turystycznych mieścinkach. Z daleka od dużych miast, z daleka od chmar hałaśliwych turystów i oczywiście poza okresami, kiedy tsunami zamienia to miejsce w piekło, jest to taki mały raj na ziemi.

