Położony na południowym wschodzie Busan jest jednym z najbardziej popularnych pod względem turystycznym miast Korei Południowej. Trzy i półmilionowa aglomeracja, największa po Seulu, jest ekonomicznym, kulturowym i edukacyjnym centrum południowo-wschodniej części państwa. Największy w Korei i dziewiąty na świecie pod względem natężenia ruchu port, oddalony zaledwie o 190 km. od japońskich wysp Kyushu i Honshu, dodaje miastu międzynarodowego charakteru, mimo że turyści pochodzą głównie z Chin, Japonii i Rosji. O ile Japończycy zlewają mi się z ludnością autochtoniczną, o tyle Rosjan zauważyć sie nie da, blask złotych zębów i żółtych „blond” włosów przywraca wspomnienia trzytygodniowej przeprawy przez Rosję. No i ten subtelny powiew wódeczki… A niech się bawią, w końcu mają urlop…
Czas na popołudniowy spacerek. Kolejna wspinaczka, całe 49 m.n.p.m. na szczyt góry Yongdusan. W czasie wojny koreańskiej na zboczu tejże góry osiedlali się uchodźcy, jednakże osiedla te spłonęły dwukrotnie, zostawiając górę „łysą”. Obecnie pokrywa ją park oferując dosyć dobry widok na pobliski port. Na szczycie znajduje się 120 metrowa wieża, pomnik XVI wiecznego koreańskiego bohatera, generała Yi Sun-si, Muzeum Instrumentów Ludowych, posiadające eksponaty zrobione z owoców, skór szczurzych, a także ludzkich kości, wystawa Modeli Statków, buddyjska świątynia, pomnik smoka, zegar i parę innych rzeczy, ale największą atrakcją turystyczną wydaje się siedzący na ławeczce kompletnie pijany Rosjanin, który śpiewa jakieś rosyjskie pieśni. Nie jest niekulturalny, nie zaczepia ludzi, nawet na nikogo się nie patrzy, po prostu siedzi sobie na ławeczce, giba się na boki i podśpiewuje sobie. Taka pijana kupka szczęścia.
Kolejnym punktem na liście rzeczy do zobaczenia jest Jagalschi Market, największy targ rybny w Korei, na którym można zakupić zarówno żywe, jak i suszone morskie stworki. Gatunków stworków jest ogromna ilość, większości nie widziałam wcześniej i bardziej przypominają mi coś, co można trzymać w akwarium, bo na patelnię żal takie kolorowe… Każdy sprzedawca zachęca mnie do kupna rybki, kuszące to jest, ale jakoś nie jestem pewna, czy obsługa hostelu będzie szczęśliwa, gdy przyniosę siateczkę pachnących, morskich poczwarek. Dla zgłodniałych turystów przed halą znajduje się szereg restauracji z obiadem czekającym w dużych akwariach wystawionych na ulicy.
Market, a raczej zlokalizowane wokół niego restauracje, pobudzają do życia tasiemca-wszystkojada, integralną część mojego żołądka. Czas na znalezienie jakiejś małej, lokalnej jadłodajni, takiej bez jazgoczących turystów. Znalazłwszy. Obrazkowe menu ratuje mnie przed zamawianiem na oślep, jako że tasiemiec-wszystkojad jest już w nastroju diabła tasmańskiego, zamawiam Gamasot Jeongsik, jakiś bliżej niezidentyfikowany zestaw dla jednej osoby. Wygląda na duży. No to jeszcze piwo do popicia poproszę. Zaczynają podjeżdżać mi pod nos miseczki, jedna, druga, trzecia, piąta, dziesiąta, piętnasta, szesnaście?? To jest zestaw dla jednej osoby?? To ja jeszcze poproszę mi wymienić ten kufelek piwa na beczkę… Nie wiem jak to jeść, co z czym i w jakiej kolejnosci, ale zaraz przybiega na ratunek Pani z obsługi i zawija mi ryż w prześcieradło z glonów, pokazuje palcem na różne miseczki. Ma zapewne ubaw, czuję się trochę jak ci Francuzi, co ich Polacy uczyli jeść widelcem… Pomimo najszczerszych chęci przez cały zestaw przebić się nie da, ale przynajmniej próbuję wszystkiego. No prawie, bo jakieś małe rybki z wielkimi oczami patrzą się na mnie złowrogo z talerzyka. Czas na drugi etap. Wstać i wytoczyć się z restauracji. Ups. Nie będzie łatwo…
Jeszcze tylko któtki spacerek do hostelu przez zatłoczone ulice Busan i można będzie legnąć, jak ten wąż boa, co właśnie pożarł krowę i potrzebuje tygodnia bez ruchu na przetrawienie. 
Na następny dzień zaplanowaną mam buddyjską świątynię Haedong Yonggung, malowniczo położoną nad brzegiem morza, jedną z niewielu w takiej lokalizacji. Deszcz. Tego mi dokładnie dzisiaj potrzeba, ale iść trzeba. Wybudowana w 1376 roku przez uczonego Naong początkowo zwana była świątynią Bonum. Zniszczona w XVI wieku w czasie japońskiej inwazji odbudowana została dopiero w latach 30-tych ubiegłego wieku. W kompleksie, poza główną świątynią, znajduje się trzypoziomowa pagoda z czterema lwami symbolizującymi radość, złość, smutek i szczęście oraz jaskinia, w której znajduje się buddyjskie sanctum. Schodkami dojść można do punktu widokowego na skałach, z którego świątynia prezentuje się najlepiej. No, może nie w strugach deszczu…
Jeszcze tylko najtrudniejszy odcinek do przejścia: zaraz za wyjściem ze świątyni trzeba przejść przez uliczkę ze straganami ze smakołykami, które uśmiechają się do mnie. Połowa z nich to cosie, które mogą okazać się czymkolwiek, a próbami komunikacji już nie zawracam sobie już głowy, bo i tak skończy się to tylko wielkim uśmiechem i potrząsaniem czupryną. Ale te grilowane kalamary… niam, niam, nie… jadłam już, idę dalej.
