GÓRA BUKHANSAN, SEUL

Jest późno. Jest za późno. Znów nie chciało się zwlec z łóżka rano. Tak chyba powiniej zaczynać się każdy mój wpis. Tym razem jadę jednak w góry, no może pagórki, z racji swojej wysokości góry brzmią chyba zbyt poważnie. Ponieważ jednak, jako że jest środek lata i tropikalny klimat, okażą się one później strasznymi górzyskami, po których biegać jest bardzo ciężko. A biec trzeba, bo jest późno.

Celem moim jest góra Bukhasan położona na północnych peryferiach Seulu. Ma ona trzy główne szczyty Baegundae 836,5 m., Insubong 810,5 m. oraz Mangyeongdae 787 m. Kieruję się oczywiście na najwyższy. Metrem dojeżdżam na autobus jadący do Parku Narodowego Bukhansan, przystanku szukać nie muszę, stoi tam stadko Koreaczyków zaopatrzonych we wszystko na wypad w góry, może poza rakami i czekanami. No ale jest w końcu trzydzieści parę stopni.

A ja….

Czuję się jak debil z Krupówek. Typowy polski, buraczany turysta, który w gaciach w palmy i klapkach zasówa nad Morkie Oko. Nie to, że nie mam butów trekingowych. Mam. W hotelu. Nie, w klapkach po górach też chodzić nie będę, mam trampki w plecaku. Niedługo pożałuję, że nie wzięłam innych butów, ale 800 m. to przecież nie góra…

Koreańczycy lubią chodzić po górach i są do takich wypraw wyjątkowo dobrze przygotowani. Sama góra Bukhansan przyciąga rocznie ponad 5 mln. turystów, co biorąc pod uwagę, że podejście na szczyt jest dosyć „skomplikowane” powoduje, że w weekendy tworzą się tam czasami korki. Infrastruktura w Parku Narodowym Bukhansan jest dobrze rozbudowana, z wieloma dorze oznakowanymi szlakami, a także… dużą ilością toalet po drodze.

Między przystankiem autobusowym, a wejściem na teren Parku znajduje się szereg sklepów turystycznych, które kuszą ofertami. Nie, nie potrzebna mi czwarta para butów trekingowych. A może się przyda? Na pewno się przyda. No nie, nie będę tego nosić na garbie przez kolejny miesiąc. Auuuu, idę dalej. Pierwszy odcinek drogi to łatwe podejście asfaltową drogą. Przynajmniej byłoby łatwe w polskim klimacie, a nie tropikalnym lesie. Sytuację ratuje fakt, że większość szlaku prowadzi przez zalesiony teren i drzerwa chronią przed słońcem. Zaczyna mnie martwić kierunek, w którym idzie większość turystów, z góry, a nie pod górę. Osz, ranne ptaszki się znalazły… Po drodze mijam kilka buddyjskich świątyń, bramę, altanki.

Co jakiś czas znaki pokazują odległość do celu, inne wysokość nad poziomem morza, co doprowadza mnie do wniosku, że Seul musi być położony co najmniej 1000 m. poniżej tego poziomu. Dochdzę do rozgałęzienia dróg, gdzie strzałki pokazują mi dwie trasy wiodące na szczyt, jedna o długości 4,2 km., druga troche poniżej 3 km. W czasie gdy stoję pod tym znakiem, drapiąc się w głowę i zastanoawiając na wyborem, podchodzi do mnie chłopak i doradza, żeby iść dłuższą, która jest mniej stroma i oferuje lepsze widoki. 4,2 km… 4,2 km. miałam od wejścia do parku… Czując się jak ten Syzyf wybieram dłuższy szlak. Im wyżej tym mniej turystów a trasa coraz gorzej oznaczona. Dochodzę do rzeczki przez którą aby przedostać się trzeba skakać po mokrych kamieniach.

Obserwuję gościa, który idąc w przeciwnym kierunku ląduje tyłkiem w wodzie. Też się wybrał w adidaskach… Za rzeczką szlak jest już mniej oczywisty, aż w pewnym momencie kończy się. Mam wybór między gładką ścianą, a kolejną rzeczką, tylko ani za jedną, ani za drugą nie widzę ścieżki. Nie mogłam źle pójść, bo jedyne rozgałęzienie jakie było, prowadziło na teren prywatny, tyle że nie mam bladego pojęcia gdzie dalej iść. W lesie ani żywej duszy, a więc kręcę się jeszcze chwile w kółko, po czym decyduję się cofnąć się. Pojawia się jednak iskierka nadziei, ktoś schodzi z góry. Wprawdzie nie mówi on po angielsku, ale po wgooglowaniu góry, dumnie pokazuje mi swoje zdjęcia ze szczytu i pokazuje którędy iść, przez rzeczkę. Więc człapię w tych swoich trampkach przez wodę, klnąc pod nosem. Po krótkim czasie dochodzę do murów fortecy, gdzie łaczą się szlaki, a co za tym idzie jest więcej znaków. Widoki od tego miejca są przepiękne. Część trasy prowadzi przez skały i zabezpieczona jest metalowymi barierkami.

Zachmurzyło się i zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli zacznie padać deszcz, będzie to mało bezpieczny dupozjazd. Samo podejście pod szczyt jest mocno strome, zdecydowanie nie dla osób, które mają lęk wysokości. Widok z góry jest jednakże znakomity, mimo, że góra Bukhasan znajduje się de facto w Seulu, gdzy człowiek obróci się plecami do miasta, zapomina , że jest się w wielkiej aglomeracji.

Zchodzę inną trasą tylko dlatego, że tabliczka pokazuje, że jest ona dużo krótsza. Zejście jest monotonne i strome, do tego okazuje się odległość podana była do wejścia do Parku, które oddalone jest całkiem daleko od miasta, co czyni tą trasę dłuższą od poprzedniej. Wszystko, czego teraz potrzeba, to wielka micha żarcia:)


  • Aby dotrzeć do Baegundae Peak należy dojechć do stacji metra Gupabal (kinia 3, wyjście 1) następnie złapać autobus nr 704 w kierunku Bukhansan Fortress (niecałe 20 min.). Lokalizacja przystanku, jak i również dojście do Parku są wyjątkowo proste – trzeba po prostu podążać za koreańskimi trekowiczami.
  • Najlepszą opcją byłoby zejście wzdłóż murów twierdzy (nie trasą, którą ja wybrałam, a która prowadzi do stacji metra Bukhansan). Trzeba iść wzdłuż muru, aż do Bramy Gaedongun (szlak jest oznakowany), a następnie zejściem do przystanku autobusu nr 1. Z autobusu należy się przesiaść na stacji Suyu na linię metra 4.
  • Wstęp na teren parku jest bezpłatny


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s